sobota, 17 października 2015

Informacja któraś tam - WAŻNE

No i od czego by tu zacząć...?
Może od tego, co się ze mną dzieję i czemu mnie tu nie ma. Także - ostatnio mam bardzo mało czasu. Oczywiście nie aż tak mało, żeby w ogóle nie czytać i nie pisać (bo piszę i tak niesamowicie wiele), jednak naprawdę nie dużo. Więc gdzie piszę? Trochę dla siebie, trochę na Wattpada. Właśnie, ktoś ma tam konto? Bo tam jestem o wiele częściej, dużo czytam i piszę. Dlaczego Wattpad a nie blogger? Bo tam jest o wiele prościej - w każdej chwili mogę na niego wejść na telefonie, wszystko jest ładnie poukładane, szybko szukam nowych opowiadań i nie muszę robić tego na komputerze, w przeciwieństwie do blogów. W dodatku mam swoje konto, na każde nowe opowiadanie nie muszę zakładać nowej strony, tylko o wiele łatwiejszą w obsłudze "książkę", do której inni łatwo się dostają :) I na koniec - dostaję o wszystkim powiadomienia na telefon, co jest bardzo wygodne :D
Czy to znaczy, że znikam na zawsze? Nie. Wkrótce postaram się zmobilizować i ponadrabiać wszystkie wasze blogi, które czytałam.
A co z "Trapped"? Powiem tak - jest to dla mnie mega ważna praca i oczywiście nie przestaję jej pisać. Więc aktualnie - poprawiam ją i staram się mocno do tego przyłożyć, bo szczerze mówiąc, ktoś powiedział mi, że mogłabym spróbować podrzucić to jakiemuś wydawnictwu i zobaczyć, co o tym sądzą. A Wy - co o tym myślicie?
Także powstaje lepsza wersja "Trapped" i nie wiem, czy będę ją tu jeszcze publikować, za co bardzo przepraszam, jeśli ktoś na to czekał. (Może za jakiś czas będziecie je mieć w fomie papierowej we własnych rękach ;) Hahaha, żartuję, przecież żadne wydawnoctwo nigdy w życiu tego nie przyjmie :'''))
Podsumowując - niedługo przybędę do Was z komentarzami, a jeżeli Wy chcecie się do mnie jakoś dostać, to szukajcie na Wattpadzie, tam mam kilka swoich "lżejszych" prac i jestem o wiele częściej (bo w każdej wolnej chwili :p). Jeśli ktoś zainteresowany, to proszę podać swój login na Wattpadzie (a jak ktoś nie ma, a chce tylko zobaczyć moje konto, to mój login - bat4man :) (albo załóżcie sobie - naprawdę polecam XDD (oczywiście do niczego nie zmuszając :p))) - ZNAJDĘ WAS >:)
To... Na razie! Dziękuję wszystkim, którzy jeszcze tutaj są ♥
A jak macie jeszcze jakieś pytania - walcie śmiało :D (Jak ktoś się wstydzi cokolwiek napisać tutaj, to mój e-mail: greenandarrow@gmail.com :p)

sobota, 22 sierpnia 2015

Trapped - Rozdział 5: To dobrze, czy źle...?



Wstaję, a właściwie zrywam się z miejsca. Nie jestem do końca pewien, co mnie tak poruszyło, być może sam zaniepokojony głos Szefa. Coś się stało, coś złego w dodatku - na razie tyle wiem. Ale zaraz, może wcale nie jest tak okropnie, a ja tylko niepotrzebnie histeryzuję…?
Wszyscy zwracają głowy w moim kierunku, przez co nie czuję się zbyt komfortowo. Ale co ja takiego zrobiłem? Przecież tylko wstałem… No dobra, może trochę zbyt gwałtownie.
Uświadamiam sobie, że zbyt długo wpatruję się w pustą przestrzeń, a większość moich obserwatorów ma zdezorientowane miny. Ty chyba też to zauważa, bo staje niedaleko mnie i krzyczy: „Wszyscy siadają prosto i się modlą, żebyśmy mogli już wylecieć!”. Nawet Eden się wzdryga. A z tym modleniem, choć to do mecha w ogóle nie podobne, prawie na pewno żartował. Ale ludzie naprawdę bezgłośnie poruszają ustami, zapewne prosząc Boga o litość. I chyba nawet dobrze robią.
Ty powoli siada, a ja postanawiam wykorzystać zaistniałą sytuację i podchodzę do Szefa, żeby spytać, o co chodzi.
- Coś się zepsuło? - pytam, bo właśnie tak możliwość pierwsza nasuwa mi się na myśl.
Jego oczy wyglądają, jakby pokryła je mgła - tęczówki poszarzały. Usta zaciśnięte są w wąską kreskę. Jest bardziej wkurzony czy wystraszony? W każdym razie, oba te stany ani trochę do niego nie pasują. Ze zdenerwowania przygryzam wargę. To naprawdę nie zapowiada się dobrze.
- O nie - odpowiada aż zbyt spokojnie. - Jest znacznie gorzej…
Marszczę czoło, nie wiedząc, o co może mu chodzić. Mam nadzieję, że wszystko zacznie mi dokładnie omawiać, ale w tym momencie on szybkim krokiem kieruje się na zewnątrz. No jasne, nie przy nich. Podążam za nim, próbując wyobrazić sobie najgorsze.
- Zauważyli nas - zaczyna mówić dokładnie w momencie, gdy moja stopa dotyka trawy. - Dwójka, mężczyźni. Widzieli jak jeden z nas zabija jakiegoś chłopaka, a potem porywa innego - wypowiada słowa bardzo szybko bez większych przerw.
Zabija chłopaka? Jeden z nas? Czy to możliwe, że… Jak mógł popełnić taki błąd?! Zniszczyć coś tak poważnego! Przecież to niemożliwe, niedopuszczalne! Co się teraz z nim stanie…?
Nie, to nie jest dla mnie ważne. Nie jest rozważny, czyli nie jest odpowiedni. Posiada zbyt wielkie błędy. Już dawno powinienem to zauważyć, on zawsze posiadał zbyt dużo ludzkich emocji. Nie może mi na nim zależeć. Nie jest godzien, by być tu z nami, by łapać Wybranych. Mogliśmy zostawić go u nas. Jak to możliwe, że Szef pozwolił mu z nami lecieć? Spotka go kara, zasłużył na nią.
- Czy to… - zaczynam, by się upewnić, jednak Dowódca nie pozwala mi skończyć.
- Śledzili go  - mówi dalej, całkowicie ignorując moją rozpoczętą wypowiedź. A może to miało być potwierdzenie? - Stoją teraz pod bramą i próbują się tu dostać. Jeden ma broń.
Wreszcie przerywa i zaczyna się na mnie wyczekująco patrzeć. Jakby szukał odpowiedzi w moich zaniepokojonych oczach. Tylko na chwilę odrywa ode mnie wzrok, by nerwowo się rozejrzeć. Rzeczywiście jest gorzej. Nawet o wiele gorzej.
- I co teraz? - pytam bez większej nadziei na konkretną odpowiedź. Zaciskam przy okazji pięści, jakby miało mi to pomóc się opanować.
Stoi prosto, tylko trochę drga mu lewa ręka. Jak kiedyś. Jak tamtego dnia. Chce mi się śmiać, chociaż to chyba nie najlepszy moment na taką reakcję. Ale to tak dawno u niego nie występowało… Dlaczego nagle zaczął się załamywać? Już od wczoraj zachowuje się bardzo nieswojo. Czy to możliwe, że jest już na to wszystko za stary?
- Dzwonią na policję, to na szczęście nie wiele da. - Racja, policja postąpi tak, jak ją nauczyliśmy: odpowie im tylko, że się tym zajmie, po czym się rozłączy, najwyżej skontaktuje jeszcze z Szefem i uda, że sprawy nie było. - Ale oni tak tego nie zostawią. Myślę, że to jacyś krewni tego zabitego albo Wybranego. Mogą dzwonić po kogoś jeszcze. Coś przychodzi ci do głowy? - na koniec zadaje pytanie.
Najpierw mam ochotę ponownie go wyśmiać. Skąd miałbym wiedzieć, co postąpić w takim wypadku? To on jest tutaj tą lepszą wersją. Już chcę rzucić coś w stylu „Przecież to ty jesteś szefem!”, jednak w ciągu ułamka kolejnej sekundy zdąża nawiedzić mnie jeden, całkiem niegłupi, pomysł. Chyba najbezpieczniejsze rozwiązanie.
- Na pewno nie możemy teraz lecieć, zobaczą wtedy nasze samoloty - myślę na głos, a Kapitan uważnie mi się przysłuchuje, zbędnie kiwając głową na potwierdzenie moich słów. - W tej sytuacji ktoś tu musi zostać, złapać świadków i ich przetrzymać, a reszta, łącznie ze wszystkimi Wybranymi, wsiądzie do samochodów i pojeździ trochę po mieście, tak na wszelki wypadek, jakby tamci kogoś wezwali. - Tęczówkom mojego słuchacza wraca dawny kolor. Udało mi się go uspokoić. - Potem, jak to wszystko się rozwieje, w całości się tu zbierzemy i wracamy do siebie.
Na chwilę zapada cisza. Moje spojrzenie przeskakuje teraz z drzewa na drzewo. Jest ich tutaj całkiem sporo, otaczają alejki i zasłaniają lotnisko. Moje myśli wracają do obecnego tematu. Tak, to ważniejsze.
Nie wspominam tylko o tym, co będziemy potem musieli zrobić z tamtymi mężczyznami, ale jestem pewien, że Dowódca wie, iż są tylko dwa racjonalne wyjścia, o których zresztą będziemy myśleć później. Nie mamy teraz czasu na obmawianie oczywistości, prawda?
- Zbieraj wszystkich - rozkazuje. - Zostaw mi tylko Strix’a. Dzwonię teraz do rządu, a potem razem zajmiemy się przeszkodą - oznajmia. - Możecie ich tu wpuścić, jak będziecie wyjeżdżali.
Już nie odpowiadam, od razu kieruję się w stronę samolotu. Wskakuję na kilka schodków. Kiedy przekraczam próg wejścia do maszyny, natychmiast zapada absolutna cisza. Po raz kolejny ściągam na siebie całą uwagę pasażerów.
- Wszyscy pilnują swoich Wybranych, razem idziecie za mną - mówię ostro. - Ty, bierzesz ludzi Strix’a; Mavuto, na zewnątrz do Kapitana - instruuję, zwracając się do każdego po kolei, przy okazji zatrzymując na Neelamie spojrzenie przepełnione pogardą, tylko na moment. Ale wystarczająco długo, by go poruszyć.
Wszyscy posłusznie wstają ze swoich miejsc, by wykonać moje polecenia. W tym czasie próbuję odnaleźć wzrokiem Neodymium z pozostałą częścią mojej grupki, jednak utrudnia mi to zamieszanie, które najpewniej wywołałem, niepotrzebnie podnosząc głos. W końcu jednak, pośród kilkudziesięciu osób z przeróżnymi fryzurami, zauważam wspomnianą czwórkę, głównie przez falowane blond włosy dziewczyny, by wyłowić ją z tłumu. Czwórkę osób oraz psa, który właśnie zaczął piszczeć…
Opuszczam maszynę i prowadzę wszystkich w stronę parkingu. Laila chyba stara się jakoś ze mną skontaktować, ale marnie jej to wychodzi. Zwłaszcza, że ja specjalnie udaję, że tego wszystkiego nie zauważam. Ale nie mam ochoty znowu z nią rozmawiać. Kolejne wspomnienia… I wypominanie. Z pewnością chciałaby teraz o coś mnie posądzić. Może i słusznie, tylko po co? Dyskretnie przywołuję do siebie Neelama, Eden, Ty’a oraz Małą Armię, dając im znak ręką. Oni od razu załapują.
- Ktoś nas zauważył - tłumaczę im szybko szeptem, znów zatrzymując niezadowolony wzrok na czerwonych oczach Neela, na co ten spuszcza głowę. - Trzeba otworzyć bramę, żeby ich tu wpuścić. - Collins od razu zabiera się za tą część planu i wciska guzik na zegarku. Może po to, by zrekompensować swoje straty? - Bierzemy Wybranych, wsiadamy do aut, rozdzielamy się i zupełnie niepodejrzanie krążymy po mieście, jasne? - Wszyscy zgodnie kiwają głowami. - Potem będziemy… - Nagle urywam, bo orientuję się, że właśnie przygląda nam się Noedymium. A nawet nie tyle co się na nas po prostu patrzy, ale i podsłuchuje. - Dzwonić.
Chcę jakoś zareagować, ale zanim otwieram usta, jest już za późno. Dziewczyna wrzeszczy na całe gardło „Teraz!” i wszyscy Wybrani się rozbiegają. Na początku każdy ucieka w inną stronę, przemieszczając się między licznymi ścieżkami. Dalej jednak w jakiś sposób się synchronizują, by zgodnie udać się w kierunku zaparkowanych pojazdów. Otwarta brama, auta gotowe do odjazdu i Wybrani na wolności. Dlaczego jesteśmy takimi idiotami?!
Dlaczego Collins znowu się nie sprawdza? Naprawdę nikt wcześniej tego nie zauważył?!
Widzę już tylko, jak uciekinierzy wskakują do pojazdów, a nasi rozdzielają się, żeby jakoś ich połapać. A ja co robię? No tak, oczywiście, tylko przyglądam się temu wszystkiemu z szeroko otwartymi oczami. Przecież muszę im pomóc! Rozglądam się, by znaleźć jakiś cel. Momentalnie udaje mi się dostrzec Neodymium, która właśnie ładuje się na miejsce kierowcy w jednym z aut, w czym tylko odrobinę przeszkadza jej szczeniak. Do tego samego samochodu wsiada jeszcze kilka osób.
- Jak się tym jeździ?! - słyszę jej krzyk podczas biegu w ich stronę.
- Nie trzeba było się wciskać pod kierownicę, jak się jeździć nie umie! - karci ją drugi głos z dziwnym akcentem, jakby przeciągając niektóre głoski.
Jednak po chwili samochód rusza z głośnym piskiem opon. Jestem zbyt daleko. To nie ma sensu. Za szybko przejeżdżają przez bramę, autem zarzuca. Dobrze, że nic jej się nie stało. Nie, nie dobrze. Zawracam, biegnę do Szefa. Powinni się rozbić.
- Wybrani uciekają - zwracam się do mężczyzny. Z pewnością ma ochotę nas wszystkich teraz pozabijać. Ale nie daje tego po sobie poznać, co, prawdę mówiąc, całkiem mnie cieszy. - Zabrali auta, gdy rozmawialiśmy, Neelam otworzył wcześniej bramę i… - Przerywam. W sumie nie wiem, co chciałem jeszcze dodać…. Dobrze, że walczy.
Nie dobrze.
- Skończ - warczy krótko, pokazując rozłożoną dłoń. - Dzwonię do władzy. Powiem im, że mają zamknąć miasto, wyłączyć prąd, Internet i wszystko, co tylko możliwe - informuje. - A ty się uspokój, twoja złość już nic nie zmieni.
Rzeczywiście, błędy są złe. Niepotrzebne. Powoli doprowadzam się do porządku.
- Bierzcie auta i jazda! - rozkazuje, gdy widzi, że nadal stoję w miejscu. - Wybrani sami się nie złapią, prawda?
Tak, on znowu dobrze mówi. Dlaczego nie mogę myśleć tak, jak on? Pewnie wtedy w ogóle nie doszłoby do takiej katastrofy…
- Hej, Ayrix - rzuca jeszcze w moją stronę. - Zawołaj tu Collinsa, lepiej niech wam już nie pomaga.
Dowódca wyciąga telefon i się odwraca. Mavuto, który stoi obok niego, wyrusza w moją stornę, ale kręcę do niego głową. Chłopak przystaje.
- Lepiej z nim zostań, my pójdziemy - wyjaśniam. - Pilnuj go, on też potrafi czasem wybuchnąć… - mówię, choć czuję, że bardzo dziwnie to brzmi.
W następnej sekundzie znów biegnę w stronę samochodów i grupy, składającej się z sześciu wystraszonych osób, jednej osoby całkowicie przerażonej oraz jednego tylko zmylonego mecha.
- Każdy bierze auto, jedziemy za nimi - instruuję. - Zaraz powinni odizolować miasto, więc wiemy, że przynajmniej nie uciekną dalej. Media też nic nie przekażą, ale mieszkańcy będą panikować, więc uważajcie - patrzę każdemu po kolei prosto w oczy. - Collins, ty idziesz do Szefa - dodaję, gdy nasze spojrzenia się spotykają. Zdaję sobie sprawę, że wymawiam jego nazwisko z… Pogardą? Obrzydzeniem? Chłopak kiwa lekko głową i udaje się w jego stronę.
Wszyscy ekspresowo stosują się do zaleceń. Ja również - wybieram najbliższy, siedmioosobowy pojazd, wsiadam do niego i opuszczam teren lotniska. Przez chwilę błądzę bez celu po nieznanych mi ulicach miasta, jednak w pewnym momencie przypominam sobie, że auta mają wbudowaną nawigację oraz namierzają inne nasze samochody. Na specjalnym ekranie wybieram odpowiednie opcje. Urządzenie każe mi wpisać numer maszyny do wyśledzenia. Przywołuję w pamięci obraz odjeżdżającej Neodymium. Jest. Na rejestracji ukryła się mała cyferka - pięć. Przekazuję to systemowi, który niemal w tej samej chwili wyświetla czerwoną kropkę na mapie. Zmierzam w jej kierunku. Po drodze co jakiś czas mijam grupy przerażonych ludzi oraz surowych policjantów, stopniowo przywołujących ich do porządku. Działamy szybko. Nikt nie próbuje mnie zatrzymać, w dodatku na ulicach jest bardzo mało aut. Bardzo dobrze teraz widać, jak wielkie mamy znaczenie w ich świecie.
Czerwona kropka, do tej pory przemieszczająca się stopniowo z miejsca na miejsce, zatrzymuje się. Wypadek? Oby nie.
Oby tak. Przejeżdżam gładkimi, szarymi ulicami, zazwyczaj otoczonymi zielonymi alejkami; mijam sklepy, duży bank oraz dziesiątki, może nawet setki zupełnie tak samo wyglądających bloków mieszkalnych - każdy z nich jest wysoki na kilkanaście pięter, ma szare ściany i mnóstwo okien. Przytłaczający widok.
Jestem coraz bliżej celu. Po raz ostatni skręcam w lewo. Wjeżdżam na ulice, na której się znajdują. Patrzę właśnie na ich auto. Podjeżdżam. Dwa auta. Wjechała w radiowóz, ale uszkodzenia nie wyglądają na zbyt poważne. Parkuję na środku jezdni, opuszczam pojazd. Podchodzę.
Wszyscy są w środku, nikt nie zginął. Wóz policyjny najwyraźniej był opuszczony, bo są tu sami. Neodymium żyje. To dobrze…
Szarpię drzwi kierowcy trochę za mocno; odpadają. Jestem zbyt zdenerwowany, muszę się uspokoić… Tylko jak?! Mama na pewno jakoś by mi pomogła w takiej sytuacji… Ale ja sam? Jestem kompletnie bezradny. Dlaczego pomyśleli o usuwaniu błędów, ale nie o nauce nas, jak się ich pozbyć samemu?
- Oszalałaś?! - wrzeszczę na początek. Przecież mogłaś się zabić! Ale nie za to powinienem na nią krzyczeć. - Po co to wszystko? Naprawdę nie rozumiecie, że już i tak nie ma dla was ratunku?!
Dziewczyna powoli ściąga ręce z kierownicy, na której jeszcze przed chwilą mocno zaciskała palce. Układa dłonie na psie siedzącym na jej kolanach. Następnie delikatnie unosi głowę, spoglądając w moją stronę ze ściągniętymi brwiami. Zaciska na chwilę usta, przygryza dolną wargę, po czym otwiera je, by coś powiedzieć. Z cichym śmiechem kręcę na to głową, co ją powstrzymuje.
- Spróbujcie sobie coś uświadomić, dobra? - proponuję tym samym zimnym głosem. Zdenerwowanym głosem. W dodatku najprawdopodobniej brzmię jakbym starał się przemówić do dziecka. Czy to dobrze? - Od samego rana krążymy po tym waszym głupim miasteczku, żeby tylko was zgarnąć do kupy i spokojnie odjechać - zaznaczam z wyrzutem. Niepotrzebnym wyrzutem. - Nie mamy innego wyboru, a jeżeli cokolwiek w tym schrzanimy, możemy zostać tutaj, na miejscu, zabici. - Wszyscy tępo na mnie patrzą. Mówię dalej. - A wy sobie teraz nie myślcie, że macie lepiej! Tak czy tak zostaniecie przez nas złapani, teraz tylko narażacie większą ilość osób. W dodatku, sami możecie zginąć. Więc walka nie ma teraz dla was żadnego znaczenia, jasne? - próbuję jakoś rozjaśnić ich umysły, chyba wreszcie jakoś mi to wychodzi. - Także błagam, jeżeli potraficie myśleć, zacznijcie wreszcie współpracować i się ogarnijcie, bo to, co tu teraz odstawiacie, jest śmieszne! - komentuję na koniec. Chyba w zbyt głupi sposób.
Blondynka złośliwie się uśmiecha, reszta osób - trzech chłopaków i dziewczyna - marszczy czoła albo drapie się po głowach.
- Już, skończyłeś się żalić, Lex? - pyta dość głośno. Zbytecznie.
Chce rozbawić towarzystwo? Udaje, że się nie boi? Próbuje mnie jeszcze bardziej wkurzyć? To ostatnie z pewnością jej się udaje.
Łapię ją za ramię i siłą wyciągam z auta. Zastanawiam się, co mną w tym momencie kieruje. Jej pies niezdarnie wypada na ulicę. Wyciągam pistolet i celuję jej w głowę. Z trudem powstrzymuję się, by nie strzelić od razu. Dziewczyna zaczyna coraz płycej oddychać, usta znów zmieniają się w prostą linię.
- Koniec z żartami, co ty na to, Neodymium? - Krzywi się po usłyszeniu swojego pełnego imienia. Trzymaj język za zębami i bierz kundla, chyba że ma tu zostać. - Mówiąc to, wskazuję bronią na piszczącego psa, na co Blays prawie podskakuje.
Niebieskooka delikatnie podnosi Pitbulla z ziemi i staje prosto. Opuszczam lufę.
Przez cały ten chaos zapominam o reszcie Wybranych. Jeden z nich, ten z przedniego siedzenia, momentalnie wyskakuje z pojazdu, przebiega po jego masce i stara się uciec jezdnią. Tym razem nie panikuję. Nadal poddenerwowany zdecydowanie z powrotem wyciągam przed siebie rękę z pistoletem i, choć mam ochotę władować sobie teraz za karę kulkę w głowę, celuję w lewą łopatkę uciekiniera. Strzelam bez wahania, trafiam bez problemu. Już po kilku sekundach chłopak leży na ziemi, wrzeszcząc z bólu. „Ups” szepczę sarkastycznie, patrząc morderczym wzrokiem na resztę w aucie oraz na Neodymium. To znów mówi za mnie. Wszyscy wytrzeszczają oczy.
- A teraz prosimy o opuszczenie pojazdu. - Uśmiecham się grzecznie, a Wybrani natychmiast wykonują polecenie. - Dziękujemy za próbę ucieczki, ale naprawdę nie była nam potrzebna - dodaję, odwracając się w stronę poszkodowanego. - Radzę się pospieszyć, postrzelony w każdym momencie może stracić nieco za dużo krwi! - w połowie zdania zaczynam krzyczeć, dzięki czemu ludzie przyspieszają swoje ruchy.
Podchodzę do sporej ilości czerwonej mazi oraz przelęknionego człowieka, który niepewnie na mnie patrzy, trzymając się za uszkodzone miejsce. Nie zważając na jego odczucia, chwytam chłopaka za tył bluzy, po czym ciągnę go, by się podniósł. Brunet wydaje kolejny jęk spowodowany bólem.
- Zamknij się - rozkazuję. - Im szybciej tam dojdziemy, tym większą masz szansę na przeżycie.
Nikt już nie protestuje, Wybrani podążają za mną nawet bez mojej namowy. Wreszcie wrzucam zakrwawionego chłopaka do swojego auta, które na szczęście jest trochę większe niż ich, więc wszyscy się zmieszczą. Następnie zdegustowany wycieram ubrudzone przez niego ręce o spodnie. Nie dość, że musiałem go dotknąć, to teraz jeszcze będę chodził ubabrany jego brudną krwią… Dlaczego jednego dnia musi mnie spotykać tyle rzeczy na raz? Już chyba wolałbym zostać w domu i potem załatwiać przewóz trupom, niż teraz mieć świetną robotę, ale za to tak bliski kontakt z ludźmi.
Bez większych komplikacji po raz kolejny dostajemy się na lotnisko. Jedynie ten brunet wije się na siedzeniu, co chwile wydając z siebie zduszone odgłosy. Profesjonalnie postanawiam się tym nie przejąć. Kiedy tylko mijamy bramę, od razu zauważam kompletny bałagan. Parkuję auto i wysiadam z niego, by się temu przyjrzeć. Dostrzegam co najmniej kilkanaście osób w poplamionych krwią ubraniach, część z nich leżącą lub siedzącą na ziemi; dwa rozwalone auta oraz najgorsze - wkurzonego Dowódcę celującego pistoletem w głowę jakiegoś klęczącego chłopaka. Podbiegam do nich najszybciej, jak tylko potrafię. Oczy Szefa wyglądają, jakby miały zaraz spłonąć. Odsłania mocno zaciśnięte zęby. Broń trzyma w wyprostowanej ręce, która tym razem nie chce ruszyć się nawet o milimetr, mierzy nią w… Neelama. Całego spoconego, wymazanego krwią, zmęczonego, zastraszonego i… Zapłakanego?
Patrzę na obu z wielką złością. Miasto się wali, a oni będą teraz do siebie strzelać?!
- Spokój! - mówię, by zwrócić na siebie uwagę. Przyciągam tym ich wzroki. - Cała nasza akcja rozwalona, próbujemy to jakoś godnie ratować, a wy teraz będziecie się zabijać?! Poważnie, masz zamiar właśnie teraz uwalniać swoje błędy? - zwracam się do Kapitana z pogardą. - Jeszcze chwila i zrobimy sobie pojedynki na miecze!
Na początku stojący mężczyzna nie zmienia pozycji. Jednak już po niedługim czasie jego broń, razem z ręką,  zostaje opuszczona. Neelam za to z niewielką ulgą pada twarzą na ziemię.
- Ja... Przepraszam - zaczyna Szef, kierując wypowiedź do mnie, nie do chłopaka. - Nie powinieneś mnie widzieć w takim stanie, nikt zresztą nie powinien. To był potworny błąd. Nigdy więcej się nie powtórzy - obiecuje mi. Mam wrażenie, że od kiedy tu przyjechałem, nasze role ojca i syna jakby się zamieniły…
- Starczy - przerywam jego bezsensowne tłumaczenia. - Trzeba to jakoś ogarnąć.
Kiwa głową, a ja zmierzam już w kierunku porozrzucanej grupy uszkodzonych istot. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to Ty, stojący nad Eden. Gdy jestem bliżej nich okazuje się, że dziewczyna została postrzelona w ramię, którego teraz kurczowo się trzyma.
- Co tu się działo? - pytam zaskoczony.
- Zaczęli wyrywać nam pistolety… - zaczyna roztrzęsiona Eden.
- Są trupy, ale wszyscy Wybrani są już z nami - Ty kończy za nią dość dobitnie.
W takim razie chyba będziemy się już zbierać, o ile tylko z samolotami wszystko w porządku. Udaję się z powrotem do Szefa, który najwyraźniej doprowadził się już do porządku, bo właśnie rozmawia przez telefon. Odsuwa go od twarzy akurat, gdy przenoszę na niego znaczące spojrzenie.
- To jak? - zadaję pytanie. - Co teraz?
Jego twarz wygląda już tak, jak zwykle - poważna, zdecydowana, władcza. Czyli jest już lepiej. Może i Kapitan ma swoje błędy, ale za to w szybkim opanowywaniu się jest mistrzem. Dlaczego on mi nie przedstawił, jak to robić?
Nieważne, najistotniejsze, że jest już spokojniejszy. Wreszcie wygląda na mężczyznę z planem, jak przystało na dowódcę.
- Wsiadamy do samolotu, przy okazji trzeba obliczyć straty - mówi, nie zwlekając. - Wysłałem Małą Armię do domów mieszkańców, mają nam załatwić dopełnienie. - Zdaje mi się, że wiem, o co mu chodzi, więc kiwam głową, by mu o tym zaświadczyć. - Jak ich przeliczysz, to daj znać jednemu z żołnierzy, oni zajmą się resztą. Potem na nich czekamy i lecimy.
Chcę jeszcze zapytać, czy mamy zgodę na porwanie kolejnych mieszkańców, ale w porę orientuję się, że to pewne. Zresztą, biorąc pod uwagę wszystkie ostatnie wydarzenia, które miały miejsce w tej miejscowości, nie można dawać jej większych szans. Choć może to zabrzmieć absurdalnie, czynności, które wykonamy, będą jak najbardziej konieczne. Kolejna zabawna sprawa - pierwszy raz jestem na wyprawie po Wybranych i tyle się dzieje… Naprawdę dawno nie słyszałem o aż tak poważnym przypadku, żeby musieć stosować plan awaryjny… Może powinienem się cieszyć, że spotyka mnie taka atrakcja, ale na ten moment ani trochę nie jestem z tego zadowolony. Nie dość, że mamy takie ubytki, to jeszcze tracimy sporo cennego czasu…
Z zamyślenia wyrywa mnie chrząknięcie Szefa. Odwracam się w stronę ogółu i wołam ich do samolotu. Zaznaczam, że mają się tam zjawić natychmiast. Wiedzą, że nie żartuję, więc od razu rwą się do latającej maszyny. Nawet Neelam udaje się tam w podskokach.
Zanim ktokolwiek zdąży wejść, staję na szczycie schodów. Dopiero wtedy pozwalam im powoli wstępować do środka, liczę każdego z nich. Przy okazji patrzę na ich poszarpane ubrania, krew na twarzach i dłoniach oraz strach i zmęczenie w oczach. Jak to możliwe, że w na tyle krótkim czasie doszło do tak potężnej wojny?
Okazuje się, że brakuje tylko sześciu Wybranych. A może sześciu…?
Natychmiast kontaktuję się z przewodnikiem Małej Armii.
- Szóstka nie żyje - przekazuję tylko.
- Tak jest - odpowiada bezmyślnie mężczyzna, a ja się rozłączam.
Siadam na jednym ze schodków w oczekiwaniu na Dowódcę oraz Armię z nowymi Wybranymi. Przypominam sobie o Laili. Chyba nie widziałem jej jak przechodziła obok mnie… Czy to możliwe, że… Ktoś jej coś zrobił? Że już nie wróci z nami do domu? Z każdą sekundą wydaje mi się to coraz bradziej realne, a że nie potrafię ocenić, czy to dobrze, czy źle, po prostu staram się skierować myśli na inny temat. Zastanawiam się teraz, na jakiej podstawie biorą nowych ludzi. Może losowo? Idzie ten, kto się nawinie? Albo zadają im jakieś głupie pytania… A może robią testy? Siłowanie się na rękę, przyłożenie pistoletu do głowy albo coś w tym stylu… A może grają w „papier, kamień, nożyce”? „Przegrany wygrywa darmowy lot samolotem i śmierć!”
Na szczęście moje głupie wymysły szybko kończy pojawienie się Kapitana. Wygląda, jakby właśnie również myślał nad czymś bardzo ważnym. Zwinnie porusza się po stromych stopniach, a następnie staje koło mnie. Niedługo po tym pojawiają się jeszcze żołnierze, prowadzący… Szesnaście osób?
- Aż tyle? - pytam, unosząc brew ze zdziwienia.
- Po co mają się tu zmarnować? - odpowiada pytaniem. - Wzięlibyśmy więcej, gdybyśmy mieli więcej samolotów. - Udaje mi się jedynie skinąć głową. Może i ma rację? - Zanim wylecimy każę im otworzyć okna - oznajmia jeszcze, co wywołuje u mnie kolejne podniesienie brwi. Tak się da? - Pokażemy im, co zrobili, możesz przy okazji coś od siebie dodać - mówi, po czym odchodzi.
Gdy wszyscy są już w środku, postanawiam do nich dołączyć. Przechodzę w nieprzyjemnym mroku obok kilkudziesięciu padniętych osób i siadam na swoim dawnym miejscu. Kilka sekund później jednak wstaję, bo okna właśnie się pokazują, a ja przypominam sobie o zadaniu powierzonym przez Szefa. Teraz już dokładnie wiem, o co mu chodziło. Gdy wznosimy się w powietrze, zaczynam monolog.
- Dzisiaj wydarzyło się całkiem sporo - trafnie zauważam. - Przez mały błąd jednego z nas oraz wasz wielki bunt straciliśmy niepotrzebnie dużo czasu oraz ludzi - kontynuuję, przechadzając się między rzędami siedzeń. - Ale wiecie co? To jeszcze nie koniec! Bo musicie wiedzieć, że bardzo naraziliście mieszkańców swojego miasta, co z pewnością nie wyjdzie im na dobre. Tak, znikacie stąd na zawsze, ale tylko pomyślcie! Rodziny, przyjaciele, sąsiedzi? Możecie już spokojnie o nich zapomnieć! - krzyczę, jakby radośnie. - A teraz już tylko chcę wam serdecznie pogratulować… - robię przerwę, by podbudować napięcie. - I życzę miłego oglądania!
Dokładnie w tym momencie słyszymy okropny huk. A tuz po nim już tylko obserwujemy, jak całe miasto stopniowo pochłaniają czerwono-pomarańczowe płomienie.
To dobrze, czy źle…?




Jestem!
Tak jest, prawie pięciomiesięczne przerwy między rozdziałami i publikowanie postów o drugiej - tylko u mnie ;)
No taaak, przepraszam strasznie (i mega mega dziękuję za czekanie!), ale najpierw sprawy w szkole, potem zakończenie, wakacje, brak internetu...
Ale okay, mniejsza, ważne, że w ogóle jestem, prawda? XD
W przyszłym tygodniu wracam już do nadrabiania czytania Waszych blogów (już trochę czytałam, ale niewiele :c) i wszystko mniej więcej powinno wrócić do normy :P
 A kiedy następny rozdział? Nie mam pojęcia... Ale tym razem mogę obiecać, że na pewno krócej niż pięć miesięcy XD

Na koniec... Sprawdzałam ostatnio statystyki i tak:
1) Jaaaaa, tyle wyświetleń, już ponad 3600! *___*
2) Tyyyyle komentarzy, prawie 400! (Tak wiem, może dla innych to bardzo mało, ale dla mnie to jak bomba szczęścia! :D)
3) Hmm, wyświetlenia z Niemiec? XD No cóż, witam w takim razie witam Niemców! :D
4) Czemu są nowe wyświetlenia rozdziałów i zero odzywania się? ;-; Hej, ludzie, ukażcie się ;-;

No i właśnie, wielka prośba na koniec:

KAŻDY, KTO PRZECZYTA TEN ROZDZIAŁ, NIEZALEŻNIE OD GODZINY, CZASU CZYTANIA, POCHODZENIA ANI MIEJSCA, W KTÓRYM CZYTAŁ, NAPISZE CHOCIAŻ NAJKRÓTSZY KOMENTARZ!
Hej, hej, może być nawet po niemiecku, albo chociaż jakaś buźka czy kropka, po prostu chcę wiedzieć ile Was tutaj jest :D
 (z góry dziękuję! :3)

PS.: Tym razem nasze tajne hasło po przeczytaniu wszystkich moich dopisków to... Ukulele! XD Po co nam znowu to hasło? Bo tak jest śmiesznie, Wasze komentarze są genialne :'D ♥
PS.2: Wiem, że mam zepsuty wygląd bloga, a z niektórych rozdziałów gdzieś zwiały akapity, ale spoko, będę to wkrótce ratować! :D 

sobota, 4 lipca 2015

Informacje #02

Dobra, jestem tylko na chwilę, aby potwierdzić, że żyję i zamierzam wrócić, to na pewno, ale jeszcze nie teraz :< Czemu mnie tyle nie było? Oczywiście - koniec szkoły. Czemu mnie nie będzie - no cóż, wakacje, większa część bez internetu i laptopa. Ale spokojnie! :D Zabieram wszystkie ulubione zeszyty,  długopisy i pióra i zabieram się tam za pisanie! (Wszystkich trzech blogowych opowiadań, więc jeśli ktoś jeszcze na to czeka, to za jakiś czas pojawi się w końcu nowy rozdział na fightersofthefuture.blogspot.com :3)
No i w sumie to tyle chciałam powiedzieć, za jakiś czas wracam z nowymi rozdziałami i nadrabianiem w czytaniu Waszych blogów.
Dziękuję, że nadal tu jesteście i czekacie :3
No to... Przyjemnych wakacji i do napisania! :)

wtorek, 5 maja 2015

Informacje #01

No dobra, to tak. Na początek - cześć c:
*Wiem, długo mnie nie ma i nie nadrabiam rozdziałów, ale strasznie dużo się teraz dzieje u mnie w szkole, to tylko dlatego :<
*WIEM, obiecałam kilku osobom komentarze w danych terminach, wejścia na blogi i tak dalej, ale naprawdę nie miałam czasu :'(
*Mam prośbę: napiszcie mi pod tym postem w komentarzach, u kogo mam zaległości (jakiekolwiek), bo ciężko mi się będzie teraz w tym samej odnaleźć :'(
*Wszystko, co mi tutaj wypiszecie, będę sobie powoli nadrabiać, ale spokojnie, z czytania żadnego bloga nie rezygnuję :)
*Przypominam o ankiecie, która jest dla mnie naprawdę ważna :3 LINK 
*Kocham Was za to, że tyle Was jest, że komentujecie, czytacie, czekacie i wciąż jesteście ♥ Dziękuję! ♥
*Trochę smutno, że jakaś tam część osób się długo nie odzywa, znika z bloggera, przestaje komentować, czytać czy coś, albo przy prologu pisze, że będzie czytać dalej, a potem cisza... Ale cóż, tak chyba musi być ._.
*Nie zdam przez Was, bo zamiast uczyć się do ważnego sprawdzianu, właśnie piszę rozdział na innego bloga :'')
*TAK, wiem, że chcecie mnie zabić, skrzywdzić i tak dalej, ale przykro mi, bo nie mam teraz czasu, by się z Wami osobiście spotykać i w ogóle, więc może takie sprawy pozałatwiamy kiedy indziej :)
*Jeszcze raz dziękuję!
*No i wiecie, zawsze gdzieś tam możecie komuś bloga polecić albo coś w tym stylu, nie obraziłabym się na pewno :')
*Kiedy rozdział tutaj? Nie wiem jeszcze, ale potrzebuję do tego sporo wolnego czasu, który MOŻE uda mi się znaleźć na ten weekend. W każdym razie - spokojnie, wciąż tu jestem, czuwam i nie przestaję pisać :)

Do następnego! :* Trzymajcie się ^-^

środa, 1 kwietnia 2015

Trapped - Rozdział 4: "Jestem taki sam...?"


      W całkowitej ciszy idę w kierunku samochodu. Za mną, również cicho, kroczy Laila. Nawet nie chcę obracać się w jej stronę. Nie mam zamiaru patrzeć teraz na osobę, która wyrządziła mi pośrednio tyle zła. Ona naprawdę uważa, że, od tak, po tym wszystkim, będę rzucał się w jej ramiona i bohatersko bronił ją przed śmiercią, poświęcając przy tym, zupełnie wszystko, co mam? Oczywiście łącznie z życiem. Niestety, przez dziewczynę, błoga cisza nie może trwać wieczność.
- Dlaczego to zrobiłeś? - pyta, już spokojnym głosem.
- Mogę cię zapytać o to samo… - odpowiadam z wyrzutem.
- Ale ty zabiłeś człowieka! - wypomina.

sobota, 21 lutego 2015

Trapped - Rozdział 3: To musi być błąd



Wreszcie nadszedł czas, w którym na spokojnie mogę coś zjeść. W tym celu udaję się do małej kawiarni, która mieści się tuż obok Sali Spotkań. Idąc w jej kierunku, wciąż myślę o tym, co się stało w gabinecie kapitana. Nadal nie potrafię zrozumieć, o co mogło chodzić szefowi. Przecież nie ma żadnej możliwości, żeby znał kogoś z „tamtego świata”. Kontaktuje się jedynie z prezydentami miast czy państw, ale przecież nie wybraliśmy nikogo z nich… Jedyna opcja, która przychodzi mi na myśl, to ta, że dowódca poznał tam kogoś, gdy wyruszył, by zbierać Wybranych. Ale to raczej też niezbyt prawdopodobne, bo on rzadko to robi… A w dodatku nigdy jeszcze nie był w Servan City, po raz pierwszy będziemy tam lecieć. Więc jak to możliwe? Normalnie w ogóle by mnie to nie interesowało, ale po zobaczeniu tego, jak się zachowywał, aż zaczęło mnie to trochę ciekawić… Dlatego też mam nadzieję, że ktoś powie mi , o co tu chodzi. Zastanawiam się jeszcze tylko kto, bo on na pewno nie…

poniedziałek, 2 lutego 2015

Trapped - Rozdział 2: Nie patrzmy na skutki, Aye




Zapisaliśmy już wszystkich Wybranych oraz najpotrzebniejsze informacje o nich, więc ponownie udaję się do gabinetu szefa, tym razem z małym tabletem. Jest już dziesiąta, a o czternastej mamy wylecieć do miasta, więc mam jeszcze cztery godziny na kilka spotkań, narad, a także na zjedzenie jakiegoś posiłku. To wcale nie tak dużo czasu, jak się wydaje, toteż nie chcę marnować nawet kilku minut na rozmowy z przyjaciółmi i dlatego od razu po wybraniu ostatniej osoby zerwałem się z fotela i opuściłem pomieszczenie bez słowa, zabierając tylko niezbędne urządzenie po drodze, a reszta nawet nie zauważyła mojego zniknięcia. Natomiast teraz stoję właśnie z tym urządzeniem pod drzwiami dowódcy. Pukam dwa razy w materiał imitujący drewno i na ciche zaproszenie, które słyszę zza ściany, wchodzę do środka.